Przez pół roku odwoziłam sąsiadkę na rehabilitację kolana, choć znałam ją tylko z klatki schodowej. Kiedy wreszcie wyzdrowiała, przyszła z koszykiem jabłek ze swojego ogrodu i zeszytem, w który przez te lata wpisywała coś po każdej wizycie
Zeszyt leżał na wierzchu, między jabłkami. Zwykły, w kratkę, z zieloną okładką, taki za dwa złote z Biedronki. Pomyślałam, że to lista zakupów albo jakiś rachunek. Halina postawiła koszyk na mojej wycieraczce, otarła czoło wierzchem dłoni i powiedziała:
- Przeczytaj, jak będziesz sama. Nie przy mnie.
Odwróciła się i poszła na górę. Słyszałam jej kroki na schodach - równe, pewne, bez tego skrzypienia, które znałam z ostatnich miesięcy. Kolano wreszcie działało. Zostałam z koszykiem jabłek i zeszytem w ręku, i absolutnie żadnym pojęciem, co w nim znajdę.
Halinę Majewską znałam od ośmiu lat. Tyle mieszkałam w tym bloku na Antoniuku w Białymstoku - od kiedy przeszłam na emeryturę i Tadeusz namówił mnie na przeprowadzkę z trzypokojowego na Wyszyńskiego do tego mniejszego, dwupokojowego, bliżej parku.
Przez trzydzieści trzy lata pracowałam w aptece szpitalnej klinicznego na Skłodowskiej, wydawałam leki na oddziały, liczyłam krople, sprawdzałam interakcje. Praca precyzyjna, cicha, za zamkniętymi drzwiami. Lubiłam ją właśnie za to - nikt ode mnie nie oczekiwał uśmiechu ani rozmowy. Wystarczyło, że się nie myliłam.
Halinę widziałam na klatce schodowej. Piętro wyżej, drzwi po prawej. Drobna kobieta po siedemdziesiątce, zawsze w czystym fartuchu, z krótkimi siwymi włosami zaczesanymi do tyłu. Mówiłyśmy sobie "dzień dobry" i "do widzenia" przy skrzynkach pocztowych. Czasem "ładna pogoda". Przez osiem lat nie wymieniłyśmy ani jednego zdania dłuższego niż trzy słowa.
Aż do stycznia, kiedy spotkałam ją na parterze z laską ortopedyczną i łzami w oczach.
Kolano. Prawe. Rehabilitacja dwa razy w tygodniu w gabinecie na Poleskiej, po drugiej stronie miasta. Syn mieszkał w Gdańsku, córka w Londynie. Taksówka w obie strony kosztowała pięćdziesiąt złotych, a emerytury nie ciągnęła na takie wydatki dwa razy w tygodniu przez pięć miesięcy.
Nie wiem, dlaczego powiedziałam to, co powiedziałam. Do dziś nie wiem. Może dlatego, że miałam samochód, czas i pusty kalendarz, który mnie przerażał bardziej niż kiedykolwiek chciałam przyznać.
- Będę panią woziła - powiedziałam. - I tak nie mam co ze sobą robić.
Halina patrzyła na mnie tak, jakbym jej właśnie zaproponowała przeszczep nerki.
- Ale my się prawie nie znamy - powiedziała.
- No to się poznamy - odpowiedziałam. I sama się zdziwiłam, że to wyszło z moich ust, bo ja nigdy nie byłam osobą, która się tak po prostu oferuje. Przez trzydzieści trzy lata w aptece szpitalnej nikt ode mnie tego nie oczekiwał. Wystarczyło, że leki się zgadzały.
Pierwsza podróż była niezręczna. Halina siedziała wyprostowana na fotelu pasażera, trzymała torebkę na kolanach i dziękowała co dwie minuty. Ja włączyłam radio, żeby wypełnić ciszę. Leciało Trójkowe Granie, jakaś piosenka z lat osiemdziesiątych, i obie milczałyśmy, patrząc przed siebie na mokrą od deszczu Hetmańską.
Na trzeciej wizycie Halina powiedziała, że lubił radio.
- Kto? - zapytałam.
- Mąż. Kazimierz. Nie żyje od sześciu lat.
I tak się zaczęło.
Pod koniec stycznia wiedziałam, że Kazimierz był tokarzem w Fascie, że umarł na zawał w kuchni, przy obieraniu ziemniaków, i że Halina do dziś nie potrafi obierać ziemniaków sama - kupuje obrane, w woreczku, w Biedronce. Wiedziałam, że ma działkę za Wasilkowem, że hoduje jabłonie trzech odmian i że jej córka w Londynie dzwoni w niedziele, ale nigdy dłużej niż dziesięć minut.
W lutym opowiedziałam jej o Tadeuszu. Że jest dobry człowiek, ale od emerytury siedzi w garażu i majsterkuje, i że rozmawiamy ze sobą głównie o rachunkach i o tym, co na obiad. Że nasze dzieci - Patryk w Warszawie, Ania w Lublinie - dzwonią regularnie, ale krótko, i że każdy telefon zostawia mnie z uczuciem, które nie do końca umiem nazwać. Jakby coś się kończyło, powoli, bez dramatów, po prostu odpływało.
Halina słuchała i kiwała głową. Nie komentowała, nie radziła. Po prostu słuchała, i to było coś, czego nie doświadczałam od lat.
W marcu, na parkingu przed gabinetem na Poleskiej, kiedy czekałam, aż Halina skończy ćwiczenia, powiedziałam coś, o czym potem zapomniałam. Wypowiedziałam to do telefonu, w rozmowie z Anią, ale Halina wracała już z budynku i musiała słyszeć końcówkę:
- Wiesz córciu, ja przez trzydzieści lat wydawałam ludziom leki i nigdy nie miałam poczucia, że komukolwiek naprawdę pomogłam. Tabletki pomagały. Nie ja.
Halina nic nie powiedziała. Wsiadła do samochodu, zapięła pas i zapytała, czy jadę prosto na Antoniuk, czy może po drodze wstąpimy do Lidla po pieczywo.
W kwietniu znałam już historię Haliny tak dobrze, jak historię własnej matki. Wiedziałam o jej uczniach - bo okazało się, że przez trzydzieści lat uczyła polskiego w podstawówce na Dziesięciny - o tym jednym chłopaku, który pisał wiersze i potem zginął w wypadku, o córce, która wyjechała do Londynu po mężu Angliku i nigdy nie wróciła. Wiedziałam, że Halina czyta przed snem, że lubi Tokarczuk, ale nie lubi Masłowskiej, i że kiedyś napisała opowiadanie do konkursu w gazecie i wygrała trzecie miejsce.
W maju rehabilitacja się skończyła. Halina chodziła już bez laski, ostrożnie, ale pewnie. Kolano trzymało. Umówiłyśmy się jeszcze na dwa kontrolne wizyty w czerwcu, potem nie było powodu jeździć. Przestałyśmy się widywać dwa razy w tygodniu. Znowu byłyśmy sąsiadkami z klatki schodowej.
I nagle mój kalendarz znowu był pusty.
Kiedy w lipcu Halina zapukała z koszykiem jabłek, otworzyłam drzwi i od razu poczułam - coś się zmieni. Nie umiałam tego nazwać, ale czułam. Może dlatego, że Halina nie weszła, nie usiadła, nie została na herbatę. Postawiła koszyk, powiedziała to o zeszycie i poszła.
Zeszyt otworzyłam wieczorem, kiedy Tadeusz poszedł do garażu. Usiadłam przy kuchennym stole, pod lampą, z herbatą, i zaczęłam czytać.
Było dwadzieścia sześć wpisów. Każdy datowany. Każdy krótki - trzy, cztery zdania. Pismo drobne, równe, nauczycielskie.
"15 stycznia. Zofia opowiadała o córce. Mówi, że Ania jest mądrzejsza od niej. Ma w głosie coś, czego chyba sama nie słyszy - dumę zmieszaną z żalem, że to dziecko już jej nie potrzebuje."
"29 stycznia. W radiu leciała Republika. Zofia podkręciła głośność i powiedziała: to były czasy, kiedy człowiek jeszcze nie wiedział, że będzie stary. Roześmiałyśmy się obie."
"12 marca. Zofia czekała na mnie na parkingu i rozmawiała z córką przez telefon. Usłyszałam jak powiedziała, że przez trzydzieści lat wydawała ludziom leki i nigdy nie czuła, że komukolwiek naprawdę pomogła. Pod spodem Halina dopisała: Ona nie wie, że właśnie pomaga. Nie lekiem. Sobą."
Czytałam dalej. Były tam nasze rozmowy - te ważne i te błahe. Były moje słowa, które wypowiedziałam mimochodem i zapomniałam, a Halina zapamiętała i zapisała. Były obserwacje, które mnie zaskoczyły - że "Zofia zawsze parkuje tyłem do budynku, jakby chciała mieć otwartą drogę ucieczki", że "kiedy mówi o mężu, patrzy przez szybę, nie na mnie", że "ma piękne ręce - farmaceutki, precyzyjne i spokojne, ale kiedy opowiada o dzieciach, zaciskają się na kierownicy".
Na ostatniej zapisanej stronie, pod datą "19 czerwca", było jedno zdanie:
"Jutro ostatnia wizyta. Kolano działa. Boję się, że to koniec naszych podróży, a dopiero zaczęłam ją znać."
Zamknęłam zeszyt. Herbata była zimna. W garażu Tadeusz strugał coś piłą - miarowy, monotonny dźwięk, który towarzyszył mi od lat i na który dawno przestałam zwracać uwagę.
Siedziałam i myślałam o tym, że przez trzydzieści trzy lata pracowałam za zamkniętymi drzwiami apteki, a jedyne oczy, które naprawdę mnie zobaczyły, należały do sąsiadki z góry, której pół roku temu nawet nie znałam z imienia.
Nie zadzwoniłam do Haliny tego wieczoru. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Następnego dnia rano, wychodząc po bułki, zobaczyłam ją przy skrzynkach pocztowych. Stała w czystym fartuchu, z kopertą w ręku, i patrzyła na mnie tak, jakby czekała na wyrok.
- Przeczytałam - powiedziałam.
Halina kiwnęła głową. Cisza na klatce schodowej trwała może trzy sekundy, ale wydawała się dłuższa.
- Wie pani co - powiedziałam w końcu - moja koleżanka z apteki miała kiedyś powiedzenie: że ludzie dzielą się na tych, którzy patrzą, i tych, którzy widzą.
- I? - zapytała Halina.
- I ja przez sześćdziesiąt jeden lat byłam pewna, że jestem tą, która patrzy. A pani mi właśnie pokazała, że to ja byłam tą, na którą ktoś wreszcie patrzył.
Halina stała z kopertą w ręku i mrugała szybko, jakby wpadło jej coś do oka. Potem powiedziała:
- To co, w czwartek jedziemy na mój rezonans kontrolny? Mam termin o dziesiątej na Poleskiej.
Patrzyłam na nią - siedemdziesiąt cztery lata, metr pięćdziesiąt osiem, oczy jasne i uważne jak u osoby, która całe życie uczyła ludzi czytać - i pomyślałam, że przez trzydzieści trzy lata w aptece wydałam tysiące recept, ale żadna z nich nie leczyła z tego, na co chorowałam naprawdę.
Tego, co chorowało, nie miało nazwy w żadnym leksykonie farmaceutycznym.
Może to była po prostu samotność. A może coś gorszego - przekonanie, że jest się niewidzialną.
Zeszyt Haliny leży teraz w szufladzie mojej komody. Czasem go otwieram. Nie po to, żeby przeczytać - już znam na pamięć każde słowo. Otwieram go po to, żeby sprawdzić, czy to naprawdę się wydarzyło. Czy ktoś naprawdę poświęcił dwadzieścia sześć wieczorów, żeby zapisać, kim jestem, kiedy nie udaję, że wszystko w porządku.
I czy to znaczy, że powinnam przestać udawać.