Syn nie odzywa się tygodniami, ale kiedy synowa potrzebuje kogoś do odebrania paczki albo wpuszczenia hydraulika, dzwoni mój telefon - w zeszłym miesiącu poprosił, żebym poczekała u nich na kuriera, a wieczorem nawet nie zapytał, czy dojechałam do domu
Teraz, kiedy o tym myślę, widzę to wyraźnie - ta środa w listopadzie nie była pierwszym razem. Była może dwudziestym. Ale dopiero tamtego wieczoru, stojąc na przystanku w ciemności z bólem w krzyżu i telefonem, na którym nie było ani jednej wiadomości od Marcina, zrozumiałam, że czekam na coś, co nie nadejdzie. Nie autobusu. Autobus akurat przyjechał. Czekałam na jedno zdanie: "Mamo, dojechałaś?"
Ale żeby to opowiedzieć, muszę cofnąć się dalej.
Z Marcinem zawsze byłam blisko. Jedynak, wychowany beze mnie i Ryszarda - znaczy, bez Ryszarda, bo ten odszedł, kiedy Marcin miał sześć lat. Zostawił nas w bloku na osiedlu przy Kobylińskiego w Płocku i przeprowadził się do Radomia z nową partnerką. Alimenty płacił, to trzeba mu oddać, ale obecny był jak ten kalendarz na ścianie - niby wisi, ale nikt na niego nie patrzy.
Przez trzydzieści lat pracowałam w aptece na Tumskiej, najpierw jako technik, potem jako magistra, kiedy udało mi się dokończyć studia zaocznie. Marcin miał wtedy dwanaście lat i sam odgrzewał sobie obiady, bo ja wracałam po osiemnastej. Nie narzekał.
Był spokojnym dzieckiem. Dobrym. Kiedy dostał się na studia do Warszawy, płakałam dwa dni, ale byłam z niego dumna. Kiedy po pięciu latach wrócił do Płocka z dyplomem informatyka i dziewczyną o imieniu Agnieszka, pomyślałam, że życie w końcu zaczyna się układać.
Agnieszka na początku była uprzejma. Nie serdeczna - uprzejma. To różnica, którą rozpoznaje się dopiero po czasie. Serdeczna synowa przynosi ci kawałek sernika, bo piekła i pomyślała o tobie.
Uprzejma synowa mówi "dzień dobry" właściwym tonem i zmienia temat, kiedy pytasz o cokolwiek osobistego. Nie mam jej tego za złe - nie każdy musi kochać teściową. Ale miałam nadzieję, że przynajmniej Marcin zostanie tym samym Marcinem.
Nie został.
Przez pierwsze dwa lata po ślubie dzwonił regularnie. Raz w tygodniu, potem raz na dwa tygodnie. Potem zaczął pisać SMS-y zamiast dzwonić. Krótkie, suche. "Cześć mamo, u nas ok. Pozdrowienia." Jak raport z dyżuru. Potem i SMS-y się przerzedzały.
A potem zaczęły się telefony innego rodzaju.
Pierwszy był w marcu, dwa lata temu. Agnieszka - nie Marcin, Agnieszka - zadzwoniła w poniedziałek rano. "Czy mogłaby pani odebrać paczkę? Zamawiałam zasłony, kurier będzie między dziesiątą a czternastą, a my oboje w pracy."
Pani. Nie "mamo", nie "Lucyno". Pani. Pojechałam. Czekałam trzy godziny. Kurier przyjechał o trzynastej czterdzieści. Zostawiłam paczkę w przedpokoju, zamknęłam drzwi na klucz - bo mam zapasowy, "na wypadek" - i wróciłam do siebie.
Wieczorem napisałam do Marcina: "Paczka odebrana, leży w przedpokoju." Odpisał po dwóch godzinach: "Dzięki." Jedno słowo.
Potem było wpuszczenie hydraulika w kwietniu. Odebranie prania chemicznego w maju. Wpuszczenie gazownika w czerwcu. Poczekanie na montażystów kuchni w sierpniu - to trwało cały dzień, od ósmej do siedemnastej, a ja siedziałam na ich kanapie z kanapką, którą sama sobie zrobiłam, bo w lodówce nie zostawili nic z karteczką "częstuj się, mamo".
Za każdym razem dzwoniła Agnieszka. Za każdym razem zaczynała od "czy mogłaby pani" albo, w lepsze dni, "Lucyno, przepraszam, że znowu zawracam głowę, ale...". Za każdym razem ja jechałam. Dwa autobusy albo dwadzieścia minut taksówką, za którą płaciłam z własnej emerytury, bo nigdy nie przyszło mi do głowy poprosić o zwrot.
Ryszarda spytałby pewnie, po co to robię. Koleżanka Jadzia z apteki, z którą nadal piję kawę co czwartek, pytała wprost: "Lucyna, ty tam jedziesz jak służba, a oni co?" Odpowiadałam, że to przecież mój syn. Że może są zajęci. Że praca, kredyt, tempo życia.
Ale w październiku stało się coś, co mnie zatrzymało na dłużej.
Przyjechałam wpuścić elektryka, bo wymieniali gniazdka w łazience. Elektryk skończył szybko, po dwóch godzinach, więc zostałam jeszcze chwilę - poprawiłam kwiaty na balkonie, przetarłam kurze w salonie.
Na stoliku przy kanapie leżał tablet Agnieszki. Nie chciałam zaglądać, naprawdę nie chciałam, ale ekran zaświecił się sam, kiedy przypadkiem go dotknęłam, przesuwając serwetę. Był otwarty na czacie z kimś zapisanym jako "Mama".
Mama. Nie "Teściowa". Nie "Lucyna". Mama.
Zobaczyłam trzy ostatnie wiadomości. Agnieszka napisała do swojej matki: "Mama, jutro przyjeżdżasz? Marcin kupi ciasto, zrobię twoją ulubioną herbatę z miodem." A potem: "Kacper nie może się doczekać, mówi że babcia Ela najlepiej czyta bajki."
Kacper. Mój wnuk. Pięć lat. Widuję go raz na miesiąc, jeśli mam szczęście. A babcia Ela najlepiej czyta bajki.
Zamknęłam tablet i położyłam serwetę z powrotem. Wyszłam. Na przystanku zaczęłam płakać, ale cicho, bo stała tam jeszcze jedna kobieta z siatkami i nie chciałam, żeby się gapiła.
A potem przyszła ta środa w listopadzie. Agnieszka zadzwoniła o dziewiątej: kurier z dużą paczką, meble ogrodowe do przechowania na balkonie. "Lucyno, przepraszam, to naprawdę ostatni raz w tym miesiącu."
Pojechałam. Kurier się spóźnił. Czekałam do szesnastej. Paczka ważyła tyle, że kurier sam wniósł ją na piąte piętro - na szczęście, bo ja bym tego nie dźwignęła. Zamknęłam mieszkanie. Zeszłam po schodach, bo winda znowu nie działała.
Na dworze było ciemno i padał drobny deszcz. Autobus miał przyjechać za dwadzieścia minut. Wyciągnęłam telefon. Żadnych wiadomości. Napisałam do Marcina: "Paczka odebrana. Wracam do domu." Wysłane o szesnastej dwadzieścia trzy.
Odczytane - dwie niebieskie strzałki na WhatsAppie - o szesnastej dwadzieścia pięć.
Żadnej odpowiedzi.
Dojechałam do domu o siedemnastej. Zrobiłam sobie herbatę. Usiadłam w kuchni przy stole, na którym stoi jeszcze ramka ze zdjęciem Marcina z komunii - biała koszula, wielkie oczy, trzyma mnie za rękę.
Następnego dnia napisałam do niego wiadomość. Pisałam ją czterdzieści minut, kasowałam, zaczynałam od nowa. W końcu zostało: "Marcin, chciałabym, żebyśmy porozmawiali. Nie o paczkach. O nas."
Odczytane o dwudziestej pierwszej siedemnaście.
Czekam piąty dzień.
Jadzia mówi, żebym przestała czekać i po prostu pojechała do nich. Stanęła w drzwiach i powiedziała, co czuję. Ale ja nie wiem, czy to jest takie proste. Bo jeśli pojadę i Marcin powie "mamo, o co ci chodzi, przecież wszystko jest ok" - to co wtedy? Będę musiała udowadniać, że boli mnie coś, czego on najwyraźniej nie widzi?
A może i nie chce zobaczyć.
Dzisiaj jest poniedziałek. Telefon leżał cicho cały weekend. Ale rano, o ósmej trzydzieści, rozdzwonił się. Wyświetlacz: Agnieszka.
Nie odebrałam.
Zadzwoniła jeszcze raz o dziewiątej. I o dziesiątej. Za trzecim razem napisała SMS-a: "Lucyno, przepraszam za kłopot, ale czy mogłaby pani w środę wpuścić kominiarza?"
Siedzę teraz w kuchni i patrzę na ten SMS. Herbata stygnie. Marcin z ramki patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi oczami z komunii.
I nie wiem, co odpowiedzieć. Naprawdę nie wiem.