W karcie kontaktowej przedszkola rodzice wpisali mnie na trzecim miejscu, po sobie. W piątek mały dostał gorączki. Pani zadzwoniła prosto do mnie i przeprosiła: „zawsze zaczynam od rodziców, ale oni od razu każą dzwonić po panią".
Miałam w ręce pędzelek, a pół głowy pani Lucyny z parteru pod farbą, kiedy telefon zawibrował na parapecie. Numer stacjonarny, olsztyński. Zanim odebrałam, już wiedziałam, że przedszkole.
- Pani Krystyna? Tu Agnieszka, wychowawczyni Stasia. Mały ma trzydzieści osiem i siedem, marudzi, trzeba go odebrać. - Zawahała się. - I przepraszam, że od razu do pani. Ja zawsze zaczynam od rodziców, taka procedura. Ale oni od razu każą dzwonić po panią.
Od razu. Powtórzyłam to sobie w głowie trzy razy, zanim odłożyłam słuchawkę.
Lucyna patrzyła na mnie w lustrze z folią na głowie.
- Leć, Krysiu. Zejdę do siebie i spłuczę za pół godziny, nie pierwszy raz.
Czterdzieści lat stałam przy fotelu w zakładzie na Zatorzu. Od trzech lat jestem na emeryturze, a sąsiadki i tak przychodzą do mojej kuchni, bo „nikt tak nie kładzie koloru jak pani Krysia".
Kręgosłup mam od tego stania taki, że rano zakładam skarpetki na siedząco. Półtora roku czekałam na skierowanie do sanatorium w Ciechocinku. Przyszło w sierpniu. Turnus od trzynastego października, trzy tygodnie.
Magdzie powiedziałam od razu, jeszcze tego samego dnia.
- Trzy tygodnie? Teraz? - Zamarła z kubkiem w ręce. - Mamo, ja jestem na okresie próbnym. A Bartek w październiku ma same długie trasy. Nie da się tego przesunąć?
Dało się. Tylko że wtedy czeka się od nowa. Powiedziałam, że się zastanowię. I się zastanawiałam - dwa tygodnie, codziennie o piętnastej, kiedy szłam po Stasia.
Bo z tą kartą było tak: we wrześniu, na zebraniu, Magda pokazała mi ją z uśmiechem. „Zobacz, mamo, jesteś oficjalnie w systemie". Magda, Bartek, ja. Wzruszyłam się jak głupia. Na początku odbierałam małego w poniedziałki i środy.
Potem Magda zaczęła nową pracę w firmie spedycyjnej na drugim końcu miasta. „Tylko do świąt, mamo, aż się wdrożę". Potem doszły piątki. Potem wtorki, bo Bartek wracał z trasy zmęczony i odsypiał. W październiku już nikt nie mówił, który dzień jest mój. Wszystkie były moje.
Stasia przyniosłam do domu na rękach, bo nie chciał iść. Cztery lata, prawie dwadzieścia kilo, rozpalony jak piecyk. Na trzecim piętrze musiałam przystanąć. Dałam mu syrop przeciwgorączkowy z szafki, położyłam na wersalce pod kocem w misie i zadzwoniłam do Magdy. Nie odebrała. Po dziesięciu minutach przyszedł SMS: „Mamo, dzięki, jesteś złota. Ja do 19, Bartek w Gdańsku. Buziaki".
Siedziałam przy nim i patrzyłam, jak śpi z otwartą buzią. I myślałam o tym „od razu". Nie „jak nie odbierzemy". Nie „w razie czego". Od razu. Jakby ich dwa numery wpisane na górze były tylko dla porządku.
Magda przyjechała za dwadzieścia ósma. Zdjęła buty w progu, pocałowała śpiącego Stasia w czoło i dopiero wtedy spojrzała na mnie.
- Coś się stało?
- Pani Agnieszka mówi, że każecie dzwonić od razu do mnie. Nawet nie próbuje do was.
- No bo tak jest najszybciej. - Wzruszyła ramionami, zmęczona, nie zła. - Ty masz dziesięć minut, ja godzinę przez całe miasto w korkach. Co w tym dziwnego?
- A gdybym nie odebrała?
- Mamo. - Uśmiechnęła się, prawie czule. - Ty zawsze odbierasz.
I to mnie zabolało bardziej niż cokolwiek innego. Nie dlatego, że było nieprawdziwe. Dlatego, że było prawdziwe.
Magda usiadła przy stole, oparła głowę na dłoniach.
- Mamo, ja się boję. Dziewczyna przede mną nie dostała umowy na stałe, bo w trzy miesiące była dwa razy na opiece na dziecko. Szef tego głośno nie powiedział, ale wszyscy wiedzą. Ja nie mogę sobie na to pozwolić. Kredyt, rata za auto...
Znałam ten strach. Kiedy ona miała cztery lata i łapała każdą anginę, kierowniczka zakładu robiła mi takie miny, że wolałam brać urlop na żądanie niż zwolnienie. Babcia Zosia była w Barczewie, bez samochodu. Nikt nie był dziesięć minut dalej.
- Jadę trzynastego - powiedziałam. - I chcę, żebyś mnie na te trzy tygodnie skreśliła z karty.
Cisza. Słyszałam tylko, jak Staś posapuje przez zatkany nos.
- Czyli jak zachoruje, to ja mam wybierać między nim a robotą.
- Tak jak ja wybierałam.
- Ty nie miałaś wyboru. Ja mam. Ciebie.
Wstała, zaczęła ubierać śpiącego małego w kurtkę, mocując się z rękawem. W drzwiach powiedziała jeszcze tylko:
- Jedź. Naprawdę. Należy ci się.
I nie wiem do dziś, czy to było szczere.
Pojechałam. W drugim tygodniu, między borowiną a gimnastyką w basenie, przyszedł SMS: „Staś ma zapalenie ucha. Wzięłam opiekę". Nic więcej. Odpisałam, że dzwonię wieczorem. Nie odebrała.
Wróciłam na początku listopada. Pierwszy raz od lat rano założyłam skarpetki na stojąco. Pod koniec miesiąca Magda zadzwoniła i powiedziała spokojnie, bez pretensji w głosie, że umowy nie przedłużyli.
- Nie mówię, że to przez ciebie, mamo. Po prostu mówię.
Po Nowym Roku znalazła coś innego, bliżej domu. Ucieszyłam się szczerze. Tydzień później wstąpiłam do przedszkola z kapciami, które Staś zostawił u mnie w niedzielę. Pani Agnieszka wzięła woreczek, podziękowała i jakby od niechcenia powiedziała:
- A to dobrze, że pani już może odpocząć. Teraz jak coś, to dzwonię do pani Renaty, tej sąsiadki z dołu. Mama mówiła, że płaci jej za gotowość, na godziny.
Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się, jak się uśmiecha do obcych.
W karcie jest teraz Magda, Bartek i pani Renata. Mnie nie ma wcale. Kręgosłup mnie nie boli. Telefon też nie dzwoni.