Klucze do ich mieszkania mam od trzech lat, „na wszelki wypadek": podlewam, wpuszczam hydraulika, czekam na kuriera. W czwartek chciałam po prostu zajść z drożdżówką do wnuków. Synowa odpisała: „klucz masz na awarie, wizyty ustalamy wcześniej".
Stałam pod klatką z papierową torbą w jednej ręce i kluczem w drugiej, kiedy telefon zabrzęczał w kieszeni płaszcza.
Drożdżówki były jeszcze ciepłe - dwie z serem dla Zosi, jedna z kruszonką dla Antka, bo Antek sera nie tknie, choćby się świat walił. Przeczytałam wiadomość raz, potem drugi, a potem odruchowo schowałam klucz do kieszeni, jakby ktoś mógł mnie przyłapać.
„Klucz masz na awarie. Wizyty ustalamy wcześniej."
Bez „mamo". Bez „przepraszam, dziś nie dam rady". Z balkonu na trzecim piętrze zwisał różowy ręcznik Zosi, w kuchni paliło się światło. Były w domu. Magda siedziała kilkanaście metrów nade mną i pisała do mnie jak urząd skarbowy.
Klucze dostałam zaraz po tym, jak Tomek z Magdą odebrali mieszkanie na Pieczewie. Nowe osiedle, pastelowe bloki, kredyt na trzydzieści lat. „Mamo, weź, na wszelki wypadek" - powiedział syn i położył je na moim stole, obok cukiernicy.
Wzruszyłam się jak głupia. Zdzisiek leżał już wtedy od roku na cmentarzu przy Poprzecznej, a ja w mieszkaniu na Zatorzu uczyłam się gotować rosół na jedną osobę. Te klucze to było coś więcej niż kawałek metalu. To było: jesteś nam potrzebna.
I byłam. Kiedy wyjeżdżali nad morze, podlewałam storczyki Magdy. Kiedy pod zmywarką zrobiła się kałuża, to ja czekałam na hydraulika, bo Tomek w warsztacie do osiemnastej, a Magda dwa razy w tygodniu jeździ do biura.
Odbierałam paczki, wietrzyłam, raz przywiozłam Antkowi syrop, bo w nocy kaszlał, a oni nie mieli nic w domu. Czterdzieści lat stałam za ladą apteki. Wiem, co daje się dziecku na suchy kaszel.
„Mamo, ty jesteś jak straż pożarna" - śmiał się Tomek. Brałam to za komplement.
Teraz, w autobusie powrotnym, z torbą drożdżówek na kolanach, zaczęłam sobie przypominać rzeczy, które wtedy wydawały mi się nieważne.
Jak Magda powiedziała „dziękuję, ale naprawdę nie trzeba było", kiedy wyprasowałam im cały kosz prania, który stał w sypialni. Jak zamilkła na dobrą minutę, gdy zobaczyła, że rozmroziłam zamrażalnik i wyrzuciłam przeterminowane jogurty. Jak przestawiłam Antkowi łóżko od okna, bo ciągnie, a następnym razem łóżko stało z powrotem pod oknem. Nikt nic nie mówił. Ja też nie. Myślałam, że to sprawa gustu.
I tamten wtorek w marcu. Weszłam z kluczem, bo byłam pewna, że Magda jest w biurze - przecież we wtorki jeździ. Zawołałam od progu: „Halo, to tylko ja, przyniosłam pierogi!". Z sypialni wyszła Magda ze słuchawkami na szyi, czerwona na twarzy.
- Mamo, ja mam spotkanie. Z klientem. Z kamerą.
- To ja cichutko, ja tylko do lodówki…
- Mamo.
Tylko tyle. Wyszłam, pierogi zostawiłam na blacie. Wieczorem Tomek zadzwonił i powiedział, żebym się nie przejmowała, że Magda jest ostatnio przemęczona. Uwierzyłam, bo chciałam.
W czwartek wieczorem zadzwoniłam do niego. W tle grał telewizor, Zosia coś wołała.
- Tomuś, widziałeś, co mi Magda napisała?
- Widziałem, mamo. Pogadamy w weekend, dobrze? Teraz kąpię małego.
„Widziałem". Nie „jak to?", nie „zaraz z nią porozmawiam". Odłożyłam telefon i długo siedziałam w kuchni przy wystygłej herbacie z cytryną. Drożdżówki oddałam rano Krysi z parteru. Krysia, oczywiście, od razu wiedziała najlepiej.
- Lucynka, moja synowa to by mi drzwi przed nosem zatrzasnęła, a ty masz klucze. Szczęściara jesteś. Tylko uważaj, bo one tak zaczynają, a potem wnuków nie zobaczysz.
W sobotę pojechałam do warsztatu na Towarową. Nie zapowiadałam się. Pewnie to też był błąd.
Tomek leżał pod jakimś starym passatem. Wysunął się na wózku, zobaczył mnie i przez sekundę miał minę jak wtedy, gdy w podstawówce przynosił uwagę w dzienniczku. Wytarł ręce szmatą, zaprowadził mnie do kanciapy, nalał kawy z ekspresu, który pamiętał chyba jeszcze Zdziśka.
- Magda przesadziła, prawda? - zaczęłam. - Ja rozumiem, że mogła mieć gorszy dzień, ale tak do matki…
- Mamo. - Obracał kubek w palcach i nie patrzył na mnie. - To ja ją poprosiłem.
Nie zrozumiałam. Naprawdę. Pomyślałam, że się przesłyszałam przez tę sprężarkę za ścianą.
- Poprosiłem ją, żeby ci to napisała. Ja próbowałem trzy razy. Na imieninach, potem przez telefon, potem jak odwoziłem cię po Wielkanocy. I za każdym razem ty mówiłaś tym swoim głosem: „przecież ja tylko chcę pomóc", i ja wymiękałem.
- To teraz mnie się boisz?
- Nie boję. - Podniósł wreszcie oczy. - Mamo, Magda dwa razy płakała w łazience, bo wróciła z pracy i nie poznała własnej kuchni. Po tym wtorku mało nie straciła klienta. Zosia jej powiedziała, że babcia mówi, że u nas jest bałagan. Ja wiem, że ty to z serca. Ale ona żyje z twoim sercem na głowie trzy razy w tygodniu.
Siedziałam z kubkiem w dłoniach i czułam, jak trzęsą mi się kolana pod stołem.
- I dlatego kazałeś jej napisać? Żeby to ona wyszła na tę złą?
Tomek milczał długo. Za ścianą ktoś rzucił kluczem francuskim o beton.
- Ona sama się zgłosiła. Powiedziała: „Ciebie mama i tak kocha, a mnie i tak nie lubi. Ja nic nie stracę".
Wracałam do domu piechotą, przez pół miasta, chociaż autobus jechał co dziesięć minut. Najbardziej bolało nie to, co powiedział o praniu i zamrażalniku. Najbardziej bolało, że Magda miała rację. Nie lubiłam jej. Nigdy tego nie powiedziałam na głos, ale ona to wiedziała. Wiedziała, zanim ja sama się do tego przyznałam.
W domu wyjęłam z meblościanki album. Moja teściowa, pani Halina, przez dwadzieścia lat przychodziła do nas w każdą niedzielę bez zapowiedzi. Otwierała garnki, poprawiała firanki, a ja się uśmiechałam i nienawidziłam każdej tej niedzieli. Przysięgłam sobie wtedy, że nigdy taka nie będę. I nie byłam. Ja przecież miałam klucz. Dostałam go. To była różnica.
Tak sobie przynajmniej powtarzałam przez trzy lata.
Klucze leżą teraz w białej kopercie obok kryształowego wazonu. Włożyłam je tam w niedzielę, z zamiarem, że oddam je Tomkowi, niech sobie radzą sami. W poniedziałek wyjęłam. We wtorek włożyłam z powrotem.
Wczoraj przyszła wiadomość od Magdy: „Mamo, w czwartek o dziesiątej przychodzi kominiarz z administracji na przegląd, a my oboje w pracy. Mogłaby mama otworzyć?".
„Mamo". Pierwszy raz od tamtego czwartku.
Nie odpisałam jeszcze. Mam dwa dni, żeby zdecydować, czy pojadę na Pieczewo, otworzę kominiarzowi, podleję storczyki i niczego nie dotknę - czy odpiszę jej jednym zdaniem. Że awaria to awaria. A przegląd to wizyta.
A wizyty, jak wiadomo, ustalamy wcześniej.