Na swojej osiemdziesiątce tata wstał przy torcie i ogłosił, że mieszkanie przepisał na brata - "bo Danka ma męża, a Rysiek jest po rozwodzie". Goście klaskali. Czynsz za to mieszkanie od sześciu lat płacę ja
Trzymałam nóż nad tortem z bitą śmietaną i wiśniami, który rano sama odebrałam z cukierni na Piotrkowskiej, kiedy tata postukał widelcem w kieliszek.
- Cisza, cisza, teraz jubilat! - zawołała ciocia Krysia i przy stole zrobiło się cicho.
Tata podniósł się powoli, podpierając się o oparcie krzesła. Garnitur, który kupiliśmy mu z Andrzejem na tę okazję, wisiał na nim luźno w ramionach. Kuzyn Paweł wyjął telefon, żeby nagrywać.
- Ja chciałem powiedzieć... - odchrząknął. - Że człowiek w moim wieku musi mieć porządek. No i ja zrobiłem porządek. Byliśmy z Ryśkiem u notariusza. Mieszkanie jest już Ryśka.
Nóż zsunął mi się po krawędzi tortu i zostawił w śmietanie krzywą bruzdę.
- Bo Danka ma męża - dodał tata i uśmiechnął się do mnie, jakby prawił mi komplement. - Ma dom, ma Andrzeja. A Rysiek po rozwodzie, sam jak palec. Musi mieć coś swojego.
I wtedy ktoś zaczął klaskać. Chyba wujek Zdzisiek. Potem ciocia, potem wszyscy. Rysiek siedział czerwony po uszy i patrzył w talerz. A ja stałam z nożem w ręce i myślałam tylko o jednym: że dziesiątego czerwca z mojego konta znowu pójdzie przelew do spółdzielni. Tytuł: "opłaty Rokicińska, m. 34". Jak co miesiąc od sześciu lat.
- Kroisz, Danusiu? - szepnęła ciocia. - Bo ludzie czekają.
Kroiłam. Równe kawałki, na talerzyki w niebieskie kwiatki. Uśmiechałam się. Pięćdziesiąt cztery lata, a ja dalej potrafię się uśmiechać, kiedy w środku coś mi pęka. Tak mnie nauczyła mama. "Przy ludziach się nie płacze, Danka. Przy ludziach się podaje".
Andrzej złapał mnie za łokieć przy barze, kiedy odnosiłam tacę.
- Ty wiedziałaś?
- Nie.
- A on wie? Że to ty płacisz?
Nie odpowiedziałam. Sama nie byłam pewna, co tata wie, a czego po prostu nie chce wiedzieć.
Mama umarła siedem lat temu. Pół roku później, kiedy szukałam u taty w meblościance jego legitymacji emeryta, wypadło mi pismo ze spółdzielni. Zaległość za trzy miesiące, uprzejmie przypominamy.
Tata siedział w kuchni i udawał, że rozwiązuje krzyżówkę. Emerytura ledwo starczała mu na leki na serce i na ciśnienie, a rachunkami przez czterdzieści lat zajmowała się mama. On nawet nie wiedział, gdzie jest książeczka opłat.
Poszłam następnego dnia do banku i ustawiłam zlecenie stałe. Wieczorem powiedziałam:
- Tato, nie martw się tą spółdzielnią. Załatwione.
Kiwnął głową, nie podnosząc wzroku znad krzyżówki. I więcej o tym nie rozmawialiśmy. Ani razu przez sześć lat.
Tej nocy po urodzinach nie mogłam spać. Usiadłam przy laptopie w kuchni i zrobiłam to, co robię od dwudziestu pięciu lat w hurtowni na Widzewie - policzyłam. Zawodowe zboczenie księgowej. Wyszła suma, za którą moglibyśmy z Andrzejem wymienić okna w całym domu. Albo pomóc Magdzie z wkładem na mieszkanie. Zamknęłam laptopa i siedziałam w ciemności aż do czwartej.
Najgorsze było to, że nie umiałam się nawet porządnie złościć na Ryśka. Trzy lata temu, przy rozwodzie, zostawił dom pod Zgierzem Iwonie i dziewczynom, bo nie chciał, żeby młodsza przeprowadzała się tuż przed maturą.
Sam wrócił do taty, do swojego pokoju z dzieciństwa. Jeździ autobusem w MPK, płaci alimenty, w soboty bierze nadgodziny. Nigdy go nie prosiłam o pieniądze na opłaty. Uznałam, że i tak ledwo wiąże koniec z końcem.
W niedzielę pojechałam do nich na obiad, jak zawsze. Rysiek otworzył drzwi i nie spojrzał mi w oczy. Na stole leżała mamina serweta szydełkowa, w wazonie stały bzy.
- Rysiek będzie kuchnię malował - oznajmił tata przy rosole. - Jakiś jasny kolor. Bo teraz to jego, niech robi po swojemu.
Zmywałam potem naczynia i patrzyłam przez okno na podwórko. Woda w zlewie robiła się zimna, a ja wciąż trzymałam w niej ręce.
Rysiek odprowadził mnie do samochodu. Zatrzymał się przy klatce i zapalił, chociaż rzucił dwa lata temu.
- Danka, ty się gniewasz. Ja tego nie chciałem, słowo daję. Tata się uparł, sam zapisał termin u notariusza, powiedział, że jak nie pójdę, to się obrazi.
- Nie o mieszkanie chodzi.
- To o co?
Powiedziałam mu. Krótko, bez płaczu, jak w raporcie kwartalnym. Zlecenie stałe, sześć lat, pismo o zaległości, które schowałam do swojej szuflady. Rysiek słuchał, a papieros dopalał mu się między palcami.
- Jak to ty? - zapytał w końcu. - Tata mówił, że mu z emerytury starcza. Że mama coś odłożyła i z tego idzie.
- Mama niczego nie odłożyła, Rysiu. Mama pożyczała od cioci Krysi na święta.
Usiadł na ławce przy klatce, ciężko, jakby mu ktoś podciął nogi. Potem wstał bez słowa i poszedł na górę.
Godzinę później, kiedy byłam już w domu, zadzwonił tata.
- Danusia... Rysiek mi tu awanturę robi.
Czekałam. Słyszałam w słuchawce, jak oddycha.
- Ja wiedziałem - powiedział cicho. - Oczywiście, że wiedziałem. Tylko jak ojciec ma brać od córki? To udawałem, że nie biorę. Tak było łatwiej.
- A mieszkanie?
- Ty zawsze dawałaś radę, córcia. Od małego. Jak matka. Tobie nigdy nie trzeba było pomagać. A Rysiek... on się zawsze gubił.
Chciałam mu powiedzieć, że ja też się czasem gubię. Tylko nikt tego nie widzi, bo robię to po cichu, przy laptopie, o czwartej nad ranem. Ale nie powiedziałam. Powiedziałam "dobranoc, tato" i odłożyłam telefon.
Tydzień później Rysiek przyjechał do mnie z wydrukiem z banku. Od lipca to on płaci opłaty. Postawił kartkę na stole jak dowód w sądzie i dodał, że będzie mi co miesiąc oddawał po trochu. Nie zgodziłam się. Pokłóciliśmy się o to pierwszy raz od lat i była to, dziwnie, najlepsza rozmowa, jaką odbyliśmy od śmierci mamy.
Andrzej mówi, że po tacie należy mi się zachowek i że darowiznę się do tego dolicza. Wiem. Jestem księgową, znam przepisy. Ale nie chcę kiedyś stać nad jego grobem z adwokatem.
W zeszły czwartek tata przyjechał do mnie autobusem. Pierwszy raz od lat, sam, z przesiadką. Usiadł w kuchni, wyjął z kieszeni marynarki swój telefon i położył go przede mną.
- Pokaż mi, jak się w tym sprawdza konto - powiedział. - Chcę wiedzieć, kto za mnie płaci. Ja już nie chcę udawać.
Pokazałam mu. Powoli, dwa razy, zapisał sobie na kartce. Potem złożył ją na czworo i powiedział "dziękuję". Tak zwyczajnie, przy herbacie z cytryną.
Nikt nie klaskał. I dobrze. Po raz pierwszy od sześciu lat nie musiałam się uśmiechać.