Pan Józef z piątego piętra, wdowiec, od roku wozi mnie na cmentarz i do przychodni - "i tak jadę". Na Wielkanoc córka zapytała przy stole, czy "ten pan nie planuje się do mamy wprowadzić, bo z mieszkaniem trzeba by wtedy coś zrobić".
- Mamo, a ten pan Józef... on nie planuje się do ciebie wprowadzić? Bo wiesz, z mieszkaniem trzeba by wtedy coś zrobić.
Agnieszka powiedziała to między jednym jajkiem a drugim, tonem, jakim pyta się o sól. Paweł nagle bardzo zainteresował się chrzanem. Kuba, mój starszy wnuk, przestał przewijać telefon pod obrusem. A ja siedziałam z nożem nad kawałkiem białej kiełbasy i czułam, jak czerwienieją mi uszy. Jak w podstawówce, kiedy pani wywoływała mnie do tablicy, a ja nie miałam odrobionej lekcji.
- Co trzeba by zrobić? - zapytałam.
- No... uregulować. Zanim ktoś sobie coś wymyśli.
Ktoś. Pan Józef miał siedemdziesiąt jeden lat, sztuczną szczękę, którą wstydził się przy mnie poprawiać, i skodę fabię w kolorze, który sam nazywał "zgniłą oliwką". To on miał sobie coś wymyślić.
- Aga, on mnie wozi do Dywit, do taty. I do przychodni, bo z tym kolanem w tramwaju nie postoję.
- Wiem, mamo. I bardzo ładnie z jego strony. - Odłożyła widelec. - Tylko Kuba od października idzie na studia tutaj, na uniwerek. Mieliśmy myśleć, że zamieszka u ciebie. A jak tu się pojawi obcy pan...
- Mamo, mi to w ogóle nie przeszkadza - wtrącił Kuba, czerwony jak ja.
Nikt mu nie odpowiedział. Żurek stygł w talerzach, a na meblościance pod telewizorem stał baranek z cukru, którego Agnieszka przywiozła z Gdańska. Wyglądał, jakby też chciał stamtąd wyjść.
Poznałam pana Józefa rok temu, w marcu. Stałam na przystanku pod naszym blokiem na Jarotach z doniczką bratków i torbą zniczy, a autobus do Dywit właśnie mi uciekł. Następny za czterdzieści minut. Zdzisio nie żył wtedy od dwóch lat, a ja przez te dwa lata nauczyłam się jeździć dwoma autobusami z przesiadką i nienawidzić każdego z nich.
Fabia zatrzymała się przy krawężniku. Opuścił szybę.
- Pani na cmentarz? Ja i tak jadę. Do żony. Proszę wsiadać, bo pani te bratki zamarzną.
Znałam go z widzenia. Piąte piętro, ten sam pion, mówiliśmy sobie "dzień dobry" przy skrzynkach. Wsiadłam. I tak się zaczęło. W soboty cmentarz, co drugi wtorek przychodnia na Kętrzyńskiego, bo tam mam swoją doktor od kolana, jeszcze z czasów, kiedy pracowałam jako księgowa w spółdzielni. Za każdym razem to samo:
- Ja i tak jadę. Też mam do lekarza.
Nigdy nie pytałam o szczegóły. I teraz, przy tym wielkanocnym stole, musiałam sobie uczciwie przyznać, dlaczego nie pytałam. Bo coś mi się nie zgadzało. Na cmentarzu pan Józef nigdy nie wysiadał z autem razem ze mną.
Mówił, że jego kwatera jest od drugiej bramy i że podjedzie. Ale kiedy wracałam, fabia stała dokładnie tam, gdzie mnie wysadził, a on rozwiązywał krzyżówkę. Nigdy nie widziałam u niego znicza. Pod przychodnią to samo - krzyżówka, długopis za uchem, radio cicho.
Nie pytałam, bo bałam się, że jak zapytam, to przestanie przyjeżdżać.
Agnieszka wyjechała w poniedziałek po obiedzie. Przytuliła mnie w przedpokoju dłużej niż zwykle, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale Paweł już trąbił z parkingu.
We wtorek o wpół do dziewiątej siedziałam ubrana, z kartą pacjenta w torebce. Pan Józef zawsze pukał dwa razy, krótko. Tego dnia nie zapukał nikt. O dziewiątej zadzwonił telefon.
- Pani Tereso, dziś nie dam rady. Auto w warsztacie. Przepraszam.
Pojechałam tramwajem. Kolano bolało mnie potem do wieczora. W sobotę historia się powtórzyła - tym razem "coś z akumulatorem". Tyle że ja z okna kuchni widziałam fabię na parkingu. Stała umyta, aż błyszczała w słońcu, pod kwitnącą mirabelką.
W środę pani Krysia z parteru zatrzymała mnie przy skrzynkach.
- A córka pani to w Wielki Poniedziałek do Józefa na górę chodziła. Z babką w folii. Myślałam, że się znają.
Weszłam na piąte piętro pieszo, bo w windzie nie umiałabym ustać w miejscu. Na wycieraczce pod jego drzwiami leżały te same filcowe kapcie, co zawsze. Otworzył po dłuższej chwili. W fartuchu, z ręcznikiem kuchennym w dłoni.
- Pani Tereso...
- Akumulator się naprawił? - zapytałam.
Wpuścił mnie. W kuchni pachniało kapustą i płynem do naczyń. Na ceratce stał talerzyk, a na nim ostatni kawałek tamtej babki, starannie przykryty drugim talerzykiem. Usiadłam, zanim zdążył mi zaproponować.
- Córka była u pana.
- Była. - Złożył ręcznik w kostkę, potem jeszcze raz. - Bardzo grzecznie, pani Tereso. Podziękowała mi. Powiedziała, że jest wdzięczna. I że pani jest sama, że ludzie gadają, że mieszkanie jest dla wnuka. I czy ja rozumiem.
- I co pan zrozumiał?
- Że ona ma rację. Ja bym na jej miejscu też pilnował. Obcy chłop się kręci koło matki, to co ma myśleć.
Czajnik zaczął szumieć, ale żadne z nas nie wstało.
- Panie Józefie. Gdzie leży pana żona?
Długo patrzył na tę babkę pod talerzykiem.
- W Barczewie - powiedział w końcu. - Tam, skąd jest. Ja w Dywitach nie mam nikogo.
- A przychodnia?
- Do mnie lekarz raz na pół roku. Recepty przez telefon.
Czajnik zagwizdał. Wyłączył go, ale wody nie nalał.
- Pani myśli, że ja coś kombinowałem - odezwał się cicho, plecami do mnie. - A ja w soboty nie miałem dokąd jechać. Syn w Norwegii, dzwoni na święta. Siedziałem tu i słuchałem, jak lodówka chodzi. A tak to miałem dokąd. I ktoś na mnie czekał na przystanku.
Wieczorem zadzwoniłam do Agnieszki. Nie krzyczałam, choć przez całe schody w dół układałam sobie, co jej powiem. Powiedziałam tylko, że wiem o babce.
Długo milczała. Potem usłyszałam, że płacze, tak jak płakała w dzieciństwie - bezgłośnie, łapiąc powietrze.
- Mamo, ja się po prostu boję. Ojciec Moniki ożenił się na starość i Monika teraz z macochą po sądach o mieszkanie. A ja... - urwała. - Mnie było głupio. Że obcy facet wozi cię do taty, a ja przyjeżdżam dwa razy w roku i jeszcze przywożę baranka z cukru.
Siedziałam na wersalce z telefonem przy uchu i pierwszy raz od dawna nie wiedziałam, które z nas trojga najbardziej się wstydzi.
- Aga, ja za mąż nie wychodzę. Mam sześćdziesiąt siedem lat i jeden mąż mi wystarczył. Jak chcesz, pójdę do notariusza i spiszę wszystko czarno na białym, Kuba może tu mieszkać od października. Ale pana Józefa mi nie odbieraj.
- Dobrze, mamo - powiedziała po chwili. - Przepraszam.
Nie wiem, czy przepraszała mnie, czy jego. Może siebie.
W sobotę rano kupiłam na targu dwa pęczki tulipanów, żółte i czerwone. Weszłam na piąte piętro, tym razem windą, i zapukałam dwa razy, krótko.
- Panie Józefie - powiedziałam, kiedy otworzył. - Ja i tak jadę. Do Barczewa. Tylko drogi nie znam.
Od tamtej pory w soboty jeździmy na dwa cmentarze. I żadne z nas już nie udaje, że i tak jedzie.