U notariusza: dom dla brata, dla mnie zapis w testamencie - dwadzieścia tysięcy "za opiekę". Brat po odczytaniu zapytał, czy "mogę poczekać do sprzedaży, bo teraz nie ma z czego". Mamą opiekowałam się sześć lat.

- Jola, a ty możesz chyba poczekać do sprzedaży? Bo teraz to naprawdę nie ma z czego.

Grzegorz powiedział to na schodach kancelarii, zanim zdążyłam schować do torebki kopię protokołu. Powiedział lekko, tak jak się prosi sąsiadkę, żeby podlała kwiatki. Za nami zamknęły się ciężkie drzwi, przed nami szumiała Krakowska, a na kasztanowcach przy przystanku otwierały się pierwsze białe świeczki.

Dwadzieścia minut wcześniej pani notariusz, uprzejma, w okularach na łańcuszku, odczytała nam testament mamy. Dom w Chmielowicach - dla Grzegorza. Dla mnie zapis: dwadzieścia tysięcy złotych "w podziękowaniu za opiekę". Tak było napisane. W podziękowaniu.

- Słyszysz mnie? - Grzegorz dotknął mojego łokcia. - Jak sprzedam, oddam od razu. Co do grosza.

- Sprzedasz? - Głos miałam obcy, cienki. - Przecież mama chciała, żeby dom został w rodzinie.

- Jola, ja mieszkam we Wrocławiu. Co ja mam z tym domem robić? Jeździć sto kilometrów kosić trawę?

Nie odpowiedziałam. Poszłam na przystanek. Nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia. Dlatego, że miałam za dużo.

W autobusie wyjęłam protokół i przeczytałam go jeszcze raz, powoli, palcem po linijkach, jak mama czytała mi kiedyś elementarz. Testament notarialny. Sporządzony cztery lata temu, w marcu. Miejsce: Chmielowice, w domu spadkodawczyni.

W domu. Mama od udaru nie wychodziła sama nawet do furtki. Więc notariusz przyjechał do niej. A ja byłam tam prawie codziennie - i nic nie wiedziałam.

Sześć lat. Tyle minęło od dnia, kiedy mama nie odebrała telefonu wieczorem, a ja przyjechałam i znalazłam ją na podłodze w kuchni. Prawa strona prawie bezwładna, mowa wróciła po kilku miesiącach, głowa na szczęście została jasna. Na korytarzu szpitala neurolog powiedział mi krótko:

- Mama potrzebuje teraz kogoś na stałe. Pani albo ośrodek.

Ośrodek nie wchodził w grę. Mama by tego nie przeżyła, a ja nie przeżyłabym jej spojrzenia. Miałam pięćdziesiąt dwa lata i mały sklep z firankami i pościelą przy Damrota, prowadzony od dziewiętnastu lat. Zamknęłam go w trzy miesiące. Towar wyprzedałam prawie po kosztach, a szyld do dziś leży w naszej piwnicy, bo Staszek nie pozwolił go wyrzucić.

- Kiedyś go jeszcze powiesisz - mówił. Nie powiesiłam.

Potem była już tylko droga. Dwanaście kilometrów z Opola do Chmielowic, codziennie, czasem dwa razy dziennie. Maść na odleżyny, pieluchomajtki, pudełko z przegródkami na leki na cały tydzień.

Rehabilitantka z NFZ raz w tygodniu, w pozostałe dni ja, z ćwiczeniami wydrukowanymi na kartce. Rosół w słoikach, bo mama jadła tylko mój. Przez ostatnie dwa lata nocowałam u niej na wersalce w dużym pokoju, a Staszek przyjeżdżał w sobotę na obiad i udawał, że mu to nie przeszkadza.

Grzegorz przyjeżdżał co trzy, cztery tygodnie. Przywoził sernik z cukierni na Krzykach i siadał przy jej łóżku na dwie godziny. Mama wtedy promieniała. Kazała sobie podać szminkę.

- Grzesiu, jak ty schudłeś. Jola, daj mu coś zjeść, nie widzisz?

Dawałam. Zawsze dawałam.

Nie byłam zazdrosna, naprawdę. Wiedziałam, że ma ciężko. Po rozwodzie Marta została z dziećmi w ich mieszkaniu, a on wynajmował kawalerkę na Gajowicach i spłacał coś, o czym nigdy nie chciał mówić. W jedną wigilię zobaczyłam, jak w sklepie płaci za karpia dwiema kartami, bo na pierwszej zabrakło. Udałam, że nie widzę.

I wtedy, w autobusie, przypomniałam sobie tamten marzec.

Grzegorz zadzwonił w niedzielę. Że bierze kilka dni urlopu i posiedzi z mamą od wtorku do czwartku, a ja mam pojechać do siebie, wyspać się, pójść z mężem do kina. Pamiętam, że rozpłakałam się wtedy ze wzruszenia. Pierwszy raz od dwóch lat spałam trzy noce we własnym łóżku.

Pojechałam do Chmielowic w sobotę. Mama segregowała już rzeczy w szafie. Grzegorz od tygodnia wystawiał ogłoszenie, a ja obiecałam pomóc z ubraniami. Stał w kuchni nad pudłem z garnkami, w kuchni, która wciąż pachniała jej kawą zbożową i maścią kamforową.

- Ten wtorek w marcu - powiedziałam od progu. - Cztery lata temu. Wziąłeś urlop, żeby przywieźć notariusza.

Odłożył pokrywkę. Długo nic nie mówił. Za oknem sąsiad odpalał kosiarkę.

- Ona sama do mnie zadzwoniła - powiedział w końcu. - Kazała znaleźć kogoś, kto przyjedzie do domu. Kazała, żebyś ty nie wiedziała.

- Dlaczego?

- Bo wiedziała, że się nie zgodzisz. - Usiadł na taborecie, tym samym, na którym mama obierała ziemniaki. - Mówiła, że ty sobie poradzisz. Że ty zawsze sobie radzisz. Masz Staszka, masz mieszkanie, a ja nie mam nic.

- A ty? Co ty jej na to powiedziałeś?

Wzruszył ramionami.

- Że to nie w porządku. Raz. Obraziła się i do wieczora się nie odzywała. Więcej nie próbowałem.

Ręce zrobiły mi się zimne. Oparłam się o lodówkę, na której wciąż wisiała kartka z godzinami podawania leków. Moim pismem.

- A te dwadzieścia tysięcy?

- Ona nie chciała ci nic zapisywać. Że córka nie bierze pieniędzy za matkę. - Nie patrzył na mnie. - Powiedziałem, że jak nic ci nie da, to ludzie we wsi będą gadać. Na to się zgodziła.

Ludzie we wsi. Sześć lat mojego życia wycenione na tyle, żeby sąsiadki nie gadały.

- To teraz nikt ci nic nie każe - powiedziałam. - Mamy nie ma. Dom jest twój. Podziel go ze mną po połowie. Sam mówiłeś, że to nie w porządku.

Długo obracał w palcach pokrywkę od garnka.

- Jola, ja mam długi. Takie, że po spłacie z mojej połowy prawie nic nie zostanie. Jak ci oddam pół, to wyjdę na zero. Znowu kawalerka, znowu dwie karty przy kasie. Mama to wiedziała. Dlatego tak zrobiła.

- Czyli zrobiła dobrze?

- Nie wiem - odparł cicho. - Wiem tylko, że pierwszy raz w życiu ktoś mi coś dał, zamiast mnie ratować. I nie umiem tego oddać.

Tydzień później siedziałam w kancelarii adwokackiej przy Ozimskiej. Młoda adwokatka wysłuchała mnie, nie przerywając, a potem wzięła kartkę i narysowała dwa kółka.

- Pani jest córką. Gdyby nie było testamentu, dziedziczyłaby pani połowę. Testament tego nie zmienia całkiem. Należy się pani zachowek, czyli połowa tego, co by pani dostała z ustawy. Zapis wlicza się do zachowku, ale tylko jako część. Resztę brat musi pani dopłacić. Ma pani na to pięć lat od ogłoszenia testamentu.

- I to nie zależy od tego, czy on sprzeda dom?

- Nie zależy. To jego dług wobec pani, nie dom.

Wyszłam na ulicę i długo stałam przy krawężniku. Nikt w rodzinie nigdy nie wypowiedział przy mnie słowa "zachowek". Mama by się przeżegnała.

Grzegorzowi powiedziałam przez telefon, spokojnie, bez krzyku. Że nie poczekam do sprzedaży jak na łaskę. Że chcę umowy u notariusza, na piśmie, z terminem. Że chcę tyle, ile mi się należy z prawa, a nie z podziękowania.

Milczał tak długo, że myślałam, że się rozłączył.

- Pójdziesz z tym do sądu? Na brata? - zapytał w końcu.

- Jeśli będę musiała.

Westchnął ciężko, jak mama, kiedy przegrywała z nami w remika.

- Dobra. Umówię notariusza. Tylko nie przez sąd, Jola. Proszę.

Dom sprzedał jesienią. Pieniądze przyszły w listopadzie, akurat w tygodniu, kiedy pojechałam na cmentarz zapalić znicze. Stałam nad grobem z zapalniczką, która nie chciała się zapalić na wietrze, i powiedziałam na głos:

- Nie gniewaj się, mamo. Ja nie wzięłam pieniędzy za ciebie. Ja wzięłam za te sześć lat, których nikt nie chciał policzyć.

Szyld ze sklepu wciąż leży w piwnicy. Staszek mówi, że może jeszcze go powieszę. Może.

Wiem jedno. Dostałam w końcu więcej niż tamte dwadzieścia tysięcy, ale nie dlatego, że ktoś docenił te sześć lat. Dostałam, bo tak stanowi prawo. Za opiekę nad matką nikt nie zapłaci. Ale już nigdy nikomu nie pozwolę powiedzieć mi, że mogę poczekać.