Półtora roku siedzę z małym, żeby synowa mogła wrócić do pracy. W niedzielę przy obiedzie starszy wnuk zapytał, co w tym miesiącu kupimy za „babciowe". Synowa machnęła ręką: „Mamo, to tylko taka nazwa. Z babcią nie ma nic wspólnego"
- Mamo, a co w tym miesiącu kupimy za babciowe? - Kuba zapytał to z pełną buzią, między jednym pierogiem a drugim, tak zwyczajnie, jakby pytał, czy będzie deser. - Bo w marcu był rower, a w kwietniu odkładaliśmy na Hel.
Widelec zatrzymał mi się w pół drogi. Antoś siedział mi na kolanach, bo w swoim krzesełku akurat „nie chciał", i sięgał rączką po moją szklankę z kompotem. Odsunęłam ją odruchowo. Ręce zawsze wiedzą, co robić, nawet kiedy głowa przestaje.
Marzena nawet nie podniosła wzroku znad talerza.
- Mamo, to tylko taka nazwa. Z babcią nie ma nic wspólnego.
I zaraz potem, do Tomka: - Mówiłeś, że zmienisz opony przed majówką, a już po majówce.
Zdzisław chrząknął i dołożył sobie surówki. Tomek zaczął coś o wulkanizacji na Pieczewie. Nikt nie zauważył, że przestałam jeść. Tylko Antoś, bo nagle nikt go nie karmił.
Od półtora roku mój dzień zaczyna się o piątej czterdzieści. Budzik w telefonie, kawa na stojąco, żeby nie obudzić Zdzisława, i o szóstej dwadzieścia pięć jestem już na przystanku na Zatorzu.
Autobusem do dworca, tam przesiadka na tramwaj, potem jeszcze kawałek pieszo między blokami na Jarotach i punkt siódma dzwonię do drzwi. Marzena wychodzi o siódmej dziesięć, w urzędzie nie lubią spóźnień. Wracam do siebie po czwartej, kiedy Tomek przyjedzie z trasy albo Marzena z pracy - zależy, kto pierwszy.
Trzydzieści osiem lat strzygłam ludzi w zakładzie na Kormoranie. Kolana mam takie, jakie mają fryzjerki po trzydziestu ośmiu latach stania. Kiedy przeszłam na emeryturę, Zdzisław się śmiał, że wreszcie usiądę. Usiadłam na trzy lata. Potem urodził się Antoś.
- W miejskim żłobku Antoś jest sto czterdziesty któryś na liście - mówiła Marzena, kiedy mały miał dziesięć miesięcy, i płakała przy tym stole, przy którym teraz jedliśmy pierogi. - A prywatny zjadłby mi pół pensji. To po co ja w ogóle mam wracać?
- Przecież ja mam czas - powiedziałam. Nikt mnie nie prosił. Sama to powiedziałam.
O babciowym słyszałam w telewizji, jak wszyscy. Że dla pracujących rodziców, że co miesiąc, że ludzie tak to nazwali, bo pieniądze mają pomóc, kiedy dzieckiem zajmuje się ktoś inny.
Pomyślałam wtedy, że dobrze, że oni to dostają, bo kredyt na to M3 na Jarotach zjada im połowę życia. Nigdy nie zapytałam. U nas w rodzinie o pieniądzach się nie rozmawiało. Moja matka mówiła, że kto liczy przy rodzinie, ten rodziny nie ma.
Nie liczyłam więc. Ani biletu miesięcznego, który kupuję ze swojej emerytury. Ani bananów i kaszek, które przynoszę, bo „u nich się skończyły". Ani pieluch, kiedy Marzena zapomniała zamówić. Ani tego, że w zeszłym maju zadzwoniłam do Ciechocinka i zrezygnowałam z turnusu, na który czekałam z NFZ prawie dwa lata.
- Mama jest złota - powiedziała wtedy Marzena i pocałowała mnie w policzek. Pamiętam, że było mi ciepło przez cały dzień.
Rower Kuby widziałam. Czerwony, z przerzutkami, stał w przedpokoju i obijał mi łydki, kiedy zdejmowałam buty. Pochwaliłam. Nie przyszło mi do głowy pytać, za co.
Wieczorem, kiedy Zdzisław oglądał „Fakty", wpisałam w telefonie „babciowe". Czytałam powoli, z okularami zsuniętymi na czubek nosa. Program „Aktywni rodzice w pracy". Pieniądze trafiają do rodzica. Oboje muszą pracować. Mogą je wydać, na co chcą. Ani słowa o babci. Marzena miała rację co do joty - w końcu na przepisach zna się zawodowo.
- No to co ty chcesz? - Zdzisław zdjął okulary i patrzył na mnie znad oparcia fotela. - Żeby ci własny syn płacił za wnuka? Lucka, ludzie by się śmiali.
- Nie chcę pieniędzy.
- To o co ci chodzi?
Siedziałam z telefonem na kolanach i nie umiałam tego powiedzieć. Że nie chodzi o pieniądze, tylko o rower. O to, że dziewięcioletnie dziecko wie, co się kupuje „za babciowe", a nie wie, że babcia wstaje o piątej czterdzieści. O to, że w tamtym domu coś nosi moje imię, a mnie przy tym nie ma.
W poniedziałek o siódmej Marzena wiązała buty w przedpokoju. Antoś jeszcze spał.
- Marzenko, ja chciałam… - zaczęłam i od razu straciłam wątek.
- Mamo, ja jestem spóźniona.
- Ja nie chcę waszych pieniędzy - wyrzuciłam z siebie za szybko, za głośno. - Tylko żeby Kuba nie myślał, że babcia to jest taka nazwa.
Zastygła z jednym butem w ręku. Zrobiła się czerwona na szyi, tak jak zawsze, kiedy jest zła albo jej wstyd - nigdy nie umiałam rozróżnić.
- Mamo, to są przepisy. To świadczenie jest dla rodziców, którzy pracują, a nie… my z tego płacimy ratę, jak trzeba. A że czasem coś dzieciom kupimy… To co, mam się teraz tłumaczyć z roweru?
- Nie musisz się tłumaczyć. Czytałam.
Cisza. W pokoju zakwilił Antoś. Marzena spojrzała na zegarek, potem na mnie.
- To czego mama właściwie chce?
Nie odpowiedziałam. Ona też nie czekała. Drzwi zamknęły się cicho, bez trzaśnięcia. Tak było gorzej.
Przez trzy dni rozmawiałyśmy tylko o tym, czy Antoś zjadł i czy zrobił kupę. W czwartek, w autobusie do domu, telefon mi zawibrował. Wiadomość z banku. Przelew od Marzeny. Dokładnie tyle, ile wynosi babciowe. W tytule: „Opieka nad Antosiem - maj".
Chwilę później SMS: „Żeby było uczciwie. Do października, potem i tak idzie do przedszkola".
Przejechałam swój przystanek. Wysiadłam dwa dalej i wracałam pieszo, z tym telefonem w ręce, jakby był gorący.
- No i masz, czego chciałaś - powiedział Zdzisław, kiedy mu pokazałam. Nie wiem, czy z wyrzutem, czy z ulgą.
Pieniądze leżą na koncie. Nie oddałam ich i nie wydałam. Halina, z którą przepracowałam pół życia w zakładzie, mówi, że należały mi się od pierwszego dnia i że synowa powinna mi jeszcze wyrównać za cały rok. Moja siostra mówi, że wzięłam pieniądze za własnego wnuka i że matka by się w grobie przewróciła. Tomek nic nie mówi. Udaje, że nie wie.
A ja dalej wstaję o piątej czterdzieści. Przesiadka, kawałek między blokami, siódma. Antoś biegnie do drzwi i krzyczy „baba!", tak samo jak przedtem. Tylko Marzena mówi teraz „dziękuję" przy wyjściu. Codziennie. Grzecznie. Tak, jak się dziękuje pani, która ma umowę do października.
Może miała rację. Może to naprawdę tylko taka nazwa.