Pani Jola ze sklepu na rogu od roku odkłada mi chleb i w czwartki wnosi zakupy na trzecie piętro - "i tak zamykam, to po drodze". Na Wielkanoc córka otworzyła lodówkę i zapytała, "ile ta pani ze sklepu sobie dolicza za wnoszenie, bo za darmo nikt nic nie robi".

- Mamo, ile ta pani ze sklepu sobie dolicza za wnoszenie? Bo za darmo nikt nic nie robi.

Magda stała przed otwartą lodówką w Wielką Sobotę o ósmej rano, jeszcze w szlafroku, z kubkiem kawy w ręce. Patrzyła na półki tak, jakby robiła spis z natury: masło, twaróg w papierku, kiełbasa na święconkę, ćwikła, dwa opakowania jajek. Wszystko ułożone równo, etykietami do przodu. Tak układa Jola. Ja już tak nie umiem, bo nie mogę się schylić.

- Nic nie dolicza - powiedziałam.

- Nic. - Magda zamknęła lodówkę biodrem. - Mamo, ty masz siedemdziesiąt dwa lata, mieszkasz sama, a obca kobieta co tydzień wchodzi ci do mieszkania. Wiesz, ile ja się naczytałam o takich historiach? Najpierw zakupy, potem "pani Krysiu, niech mi pani pożyczy", a potem testament na sąsiadkę.

Chciałam powiedzieć, że Jola nie jest obca. Ale kiedy otworzyłam usta, zrozumiałam, że nie wiem, czym ją nazwać. Nie jest rodziną. Nie jest przyjaciółką. Jest kobietą, która od roku w każdy czwartek o siódmej pięć stoi pod moimi drzwiami z dwiema siatkami i mówi: "i tak zamykam, to po drodze".

Wszystko zaczęło się w zeszłym marcu. Kolano odmówiło mi posłuszeństwa na dobre, a na endoprotezę z NFZ kazali czekać "jeszcze trochę", co w praktyce znaczy: nie wiadomo ile. Mieszkam na Widzewie, w bloku bez windy, od czterdziestu lat w tym samym M3. Kiedy Zbyszek żył, zakupy nosił on. Trzy lata temu przestał, bo go pochowaliśmy.

Tamtego dnia wyszłam ze sklepu na rogu z siatką w każdej ręce i zatrzymałam się po kilku krokach, bo nie dałam rady. Sklep od niedawna miał nową właścicielkę - pan Wiesiek, który prowadził go od lat dziewięćdziesiątych, sprzedał interes i wyjechał do syna pod Gdańsk. Nowa, rumiana, koło pięćdziesiątki, w fartuchu w kratkę, wyszła za mną na chodnik.

- Pani da - powiedziała i wzięła mi siatki z rąk. - Które piętro?

Od tamtej pory w czwartki zamykała o siódmej i przychodziła. A co rano w koszyku pod ladą leżał dla mnie chleb z kminkiem, zawinięty w papier, z kartką "dla p. Krystyny".

- Płacisz jej za te zakupy? - Magda nie odpuszczała. - Pokazuje ci paragon?

- Zawsze. I płacę co do grosza.

Wzięła ze stołu ostatni paragon, przyczepiony magnesem do lodówki. Odwróciła go. Na odwrocie, okrągłym, starannym pismem, stało: "Razowy będzie w piątek. Cukier tańszy od poniedziałku. J."

- Ładnie pisze - mruknęła Magda, jakby to też było podejrzane.

Ładnie. Tak ładnie, że coś mnie wtedy ukłuło, tylko nie wiedziałam co.

I nagle, nie wiadomo skąd, przypomniał mi się czwartek sprzed kilku tygodni. Jola postawiła siatki w przedpokoju i zamiast od razu wyjść, podeszła do meblościanki. Stała tam długo. Patrzyła na zdjęcia - moje klasy, bo przez trzydzieści osiem lat uczyłam polskiego w podstawówce i każde zdjęcie klasowe trzymałam za szkłem. Pomyślałam wtedy, że jest ciekawska. A teraz, przy Magdzie, pomyślałam coś gorszego: że sprawdzała, co mam w domu.

Zrobiło mi się wstyd. I nie wiedziałam, czy wstyd mi przed Jolą, czy przed córką.

- Idziemy do niej - zdecydowała Magda. - I tak trzeba dokupić chrzan i sól do koszyczka. Chcę ją zobaczyć.

- Magda, proszę cię, nie rób mi wstydu.

- Nie zrobię. Podziękuję. I zapytam.

W sklepie pachniało drożdżówkami i świeżym pieczywem. Przed ladą stała kolejka z wiklinowymi koszykami, ktoś kupował baranka z cukru, ktoś pytał o rzeżuchę. Jola zobaczyła mnie od drzwi i uśmiechnęła się szeroko, a potem zobaczyła Magdę i uśmiech jej trochę zesztywniał. Chyba od razu wiedziała, kto to.

Poczekałyśmy, aż kolejka się przerzedzi. Magda podeszła do lady.

- Dzień dobry. Jestem córką pani Krystyny. Chciałam pani podziękować za te czwartki. I zapytać, ile jesteśmy pani winne.

- Nic nie są panie winne - powiedziała Jola. Wycierała ręce w fartuch, chociaż były suche.

- Przepraszam, ale ja nie wierzę w nic. - Magda mówiła grzecznie, tym swoim warszawskim, urzędowym głosem. - Rok noszenia siatek na trzecie piętro to jest praca. Nikt nie robi tego za darmo.

Zrobiło się cicho. Za plecami stuknęły drzwi, ktoś wszedł i od razu wyszedł. Jola spojrzała nie na Magdę, tylko na mnie.

- Pani Krystyna naprawdę mnie nie poznaje?

Patrzyłam na nią i widziałam okrągłą twarz, zmarszczki przy oczach, kosmyk wypuszczony spod spinki. Nic.

- Jolka Bednarek - powiedziała cicho. - Siódma be. Osiemdziesiąty piąty rok.

I wtedy przypomniałam sobie. Nie twarz, tylko zeszyt. Zeszyt z literami, które się przewracały, jakby były pijane. Dziewczynkę w za dużym swetrze, która przychodziła na pierwszą lekcję bez śniadania i zasypiała na trzeciej. Ojca, którego widziałam raz na wywiadówce i którego zapachu nie zapomniałam. Zostawałam z nią po lekcjach przez całą zimę i wiosnę, żeby zdała egzamin do technikum. Uczyłam ją pisać tak, żeby litery stały prosto.

- Pani mi kanapki nosiła - Jola mówiła coraz ciszej. - Z serem i ogórkiem. Zawsze pani mówiła, że się pani za dużo zrobiło i szkoda wyrzucić. Ja wiedziałam, że to nieprawda. Ale jadłam.

- Czemu nic nie powiedziałaś? - wydusiłam. - Rok, Jolu.

Wzruszyła ramionami.

- Bo kto chce być tą Bednarkówną od pijaka? Wolałam być panią ze sklepu. Jak zobaczyłam panią na chodniku z tymi siatkami, to pomyślałam, że teraz moja kolej. I tyle.

Magda nie powiedziała nic. Stała przy ladzie z portfelem w ręce, a portfel był otwarty i bezużyteczny.

- Z serem i ogórkiem - powtórzyła w końcu, bardzo spokojnie. - Robiłaś dwa zestawy co rano, mamo. Myślałam, że ten drugi jest dla ciebie.

Wróciłyśmy do domu powoli, bo inaczej nie umiem. Magda niosła koszyczek i siatkę z chrzanem. Na półpiętrze między drugim a trzecim zatrzymała się, żebym mogła odpocząć, i powiedziała, patrząc w okno klatki, a nie na mnie:

- Miałam wtedy osiem lat. Wracałam o pierwszej, klucz na sznurku, zupa z wczoraj w garnku. Ty przychodziłaś o piątej. Wiedziałam, że jesteś z jakimś dzieckiem, które ma gorzej. I wiesz co? Wiedziałam, że to dobrze. Tylko że i tak było mi zimno.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Czterdzieści lat myślałam, że Magda tego nie pamięta. Że była dzielna, samodzielna, że tak wychowuje się silne dzieci. A ona po prostu siedziała sama w kuchni i jadła zimną zupę.

- To dlatego ci się nie podobało, że Jola nosi siatki? - zapytałam.

- Nie. - Pokręciła głową. - Nie podobało mi się, bo mnie tu nie ma. Mieszkam dwie godziny stąd, mam robotę, dzieci, przyjeżdżam na święta. I jak zobaczyłam tę lodówkę, to pomyślałam, że ktoś obcy robi to, co powinnam robić ja. Łatwiej mi było uwierzyć, że ona cię naciąga, niż że robi to lepiej ode mnie.

Usiadłam na stopniu, chociaż kolano mi tego nie wybaczy. Magda usiadła obok, w płaszczu, z koszyczkiem na kolanach, z którego wystawał cukrowy baranek.

Wieczorem po święconce zadzwoniła do Joli, sama, z balkonu. Nie wiem, co mówiła. Wiem tylko, że w następny czwartek Jola przyszła jak zwykle, postawiła siatki, a potem podeszła do meblościanki i pokazała mi palcem swoją twarz na zdjęciu z osiemdziesiątego piątego. Trzeci rząd, z brzegu, w za dużym swetrze.

A Magda dzwoni teraz w każdy czwartek o wpół do ósmej. Pyta, czy Jola już poszła, co kupiłam, czy kolano boli. Rozmawiamy dłużej niż przez ostatnie dziesięć lat.

Miała rację, że nic nie dzieje się za darmo. Za moje czwartki z Jolą zapłaciła kiedyś ośmioletnia dziewczynka z kluczem na szyi. Dopiero teraz zaczynam jej oddawać.