Na działce zbierałam pomidory w tunelu, od furtki mnie nie widać. Córka z zięciem przyszli od samochodu i stanęli przy altance. Zięć tłumaczył, że "jak mama pójdzie do ośrodka, działkę sprzedajemy od razu, bo kto tu będzie jeździł".
Sięgałam właśnie po najładniejszego malinowego, tego przy samej folii, kiedy za płotem trzasnęły drzwiczki samochodu. Od furtki mnie nie widać - folia zaparowana, krzaki wyższe ode mnie, a ja w kucki przy ostatnim rzędzie. Poznałam ich po głosach, zanim doszli do altanki.
- Torebka jest, to gdzieś tu musi być - powiedziała Marzena. - Pewnie poszła do pani Haliny po wodę.
- No to dobrze. Przynajmniej pogadamy na spokojnie.
Darek. Mój zięć od dziewiętnastu lat. Usiadł na ławce pod winogronem, bo zaskrzypiała dokładnie tak, jak skrzypiała zawsze pod Zdziśkiem.
- Marzenka, ja wiem, że ci ciężko, ale trzeba to sobie powiedzieć wprost. Jak mama pójdzie do ośrodka, działkę sprzedajemy od razu. Bo kto tu będzie jeździł? Ty, z Wrocławia? Ja, jak jestem trzy tygodnie w trasie? Kuba ma w głowie tylko komputer.
Miska w moich rękach zrobiła się nagle bardzo ciężka. Ośrodek. Pierwszy raz słyszałam to słowo w zdaniu, w którym chodziło o mnie.
- Darek, ciszej...
- Przecież jej tu nie ma. I tak trzeba będzie jej powiedzieć. Ta pani z Brzegu mówiła, że miejsce zwalnia się w październiku. Jak nie weźmiemy, to przepadnie. A z działki będzie na dopłatę, sama liczyłaś.
Marzena coś odpowiedziała, ale nie usłyszałam co. Szumiało mi w uszach. Pachniało nagrzaną folią i liśćmi pomidorów - tym gorzkim, zielonym zapachem, który zostaje na palcach do wieczora. Zdzisiek mówił, że tak pachnie sierpień.
Siedziałam w tym tunelu jeszcze dobre dziesięć minut. Nie dlatego, że chciałam podsłuchiwać. Po prostu nogi nie chciały wstać.
"Sama liczyłaś". To zdanie bolało najbardziej. Czterdzieści lat liczyłam cudze pieniądze w spółdzielni na Zaodrzu - czynsze, wodę, fundusz remontowy - i nigdy nie pomyliłam się o grosz. Przez sześć lat prowadziłam też kasę zarządu naszych ogródków. A teraz ktoś liczył mnie. Na ławce, którą zbił mój mąż.
Wiedziałam, skąd to się wzięło. W marcu poślizgnęłam się w łazience na mokrych kafelkach, uderzyłam biodrem o wannę i nie mogłam wstać. Telefon został w kuchni. Leżałam na tej podłodze prawie trzy godziny, aż Celina z naprzeciwka zaniepokoiła się, że nie wyszłam po gazetę, i otworzyła zapasowym kluczem. Biodro tylko stłuczone, nic złamanego. Śmiałam się potem, że mam twarde kości po matce.
Marzena się nie śmiała. Od tamtej pory dzwoniła codziennie o ósmej i o dwudziestej. Jak nie odebrałam do trzeciego sygnału, dzwoniła do Celiny. W czerwcu Celina jej powiedziała, że zostawiłam gaz pod kompotem i wyszłam do sklepu. Garnek się przypalił, nic więcej. Ale od tego dnia Marzena mówiła do mnie innym głosem. Takim, jakim się mówi do dziecka, które może zrobić sobie krzywdę.
Wyszłam w końcu z tunelu z miską pełną pomidorów. Marzena zbladła tak, że aż zrobiło mi się jej żal. Darek wstał z ławki.
- Mamo... - zaczęła córka.
- Pomidory w tym roku dobre - powiedziałam, bo nic innego nie przychodziło mi do głowy. Postawiłam miskę na stoliku pod daszkiem. - Malinowe obrodziły.
Cisza. Gdzieś dalej ktoś kosił trawę.
- Skoro mama słyszała, to nie będę udawał - odezwał się Darek. Nie spuścił wzroku, trzeba mu oddać.
- W Brzegu byliście kiedy?
- W lipcu - szepnęła Marzena. - Mamo, to nie tak, że my...
- A jak? Działki zresztą nie sprzedacie, Darku. W ogródkach się nie sprzedaje, tylko przenosi prawo, za zgodą zarządu. I prawo jest na mnie. Beze mnie nic nie podpiszecie.
Powiedziałam to spokojnie, jak w biurze, kiedy ktoś przyszedł z reklamacją. Ale ręce trzęsły mi się tak, że schowałam je w kieszenie fartucha.
I wtedy Marzena się rozpłakała. Nie ładnie, nie cicho. Tak jak płakała, kiedy miała siedem lat i zgubiła klucz od domu.
- Ja nie śpię, mamo. Rozumiesz? Siedzę w pracy i jak nie odbierasz, to ja cię widzę na tej podłodze w łazience. Mam czterdzieści sześć lat i czuję się, jakbym miała dziewięćdziesiąt. Ja już nie daję rady jeździć co tydzień i się bać.
- Powiedz jej - rzuciła do Darka przez łzy. - Powiedz jej w końcu.
Darek usiadł z powrotem. Długo patrzył na swoje ręce, duże, spracowane od kierownicy.
- Moja matka leżała dwa dni - powiedział w końcu. - W Kędzierzynie. Byłem wtedy we Francji. Dzwoniłem, nie odbierała, to myślałem, że się obraziła, bo się pokłóciliśmy o święta. Sąsiad ją znalazł. Lekarz potem mówił, że jakby ktoś przyszedł pierwszego dnia, to by żyła.
Patrzyłam na niego i nie poznawałam. Dziewiętnaście lat miałam go za człowieka, który wszystko przelicza. Na pogrzebie Ireny stał sztywno, nie uronił łzy, a ja myślałam sobie po cichu: zimny jest ten mój zięć. A on po prostu nigdy nikomu nie powiedział, co tam zastał.
- Czemu mi tego nigdy nie mówiłeś? - zapytałam.
- A po co? - wzruszył ramionami. - Żeby mama się bała?
Usiadłam obok niego na ławce. Zaskrzypiała pod nami obojgiem.
Rozmawialiśmy do zmroku. Pierwszy raz od marca nie przez telefon i nie o tym, czy zjadłam obiad. Powiedziałam im, że do Brzegu nie pojadę. Jeszcze nie. Ale że rozumiem, że to "jeszcze" kiedyś się skończy i nie będę wtedy udawać, że nic się nie dzieje.
Zgodziłam się na opaskę z guzikiem, taką, jaką Celinie załatwiła opieka społeczna. Na uchwyt przy wannie i matę. Na to, że klucz od mieszkania będzie miała nie tylko Celina, ale i sąsiad z parteru.
O działce nic więcej nie mówiliśmy. Zabrali dwie siatki pomidorów i pojechali.
We wrześniu Darek przyjechał sam, bez zapowiedzi. W bagażniku miał rolkę nowej folii i wiertarkę. Za nim z samochodu wygramolił się Kuba, szesnastoletni, z telefonem w ręce i miną skazańca.
- Stara folia się sypie - burknął Darek, zamiast dzień dobry. - Jak już kiedyś mamy to przekazywać, to niech chociaż porządnie wygląda.
Kuba przez pierwszą godzinę marudził. Przez drugą pytał, czemu na jednym krzaku pomidory są żółte, a na drugim prawie czarne. Pod wieczór sam zapisał sobie w telefonie, kiedy się sieje rozsadę.
Opaskę noszę. Nawet tutaj, na działce, choć wygląda przy fartuchu jak zegarek nie od kompletu. Wiem, że kiedyś ta rozmowa wróci i że wtedy nie będzie już o czym negocjować. Ale niech wraca. Byle przy jednym stoliku pod winogronem - a nie tak, że ja w tunelu, a oni przy altance.
Kto tu będzie jeździł - pytał Darek w sierpniu. Okazało się, że wystarczyło zapytać na głos.