Za przedszkole wnuka płacę ja - córka poprosiła dwa lata temu "na razie, mamo, jak się odkujemy". Na zebraniu pani z grupy zapytała, czy faktury nadal "wystawiać na mamę Ignasia, do dofinansowania z jej zakładu pracy"
- Faktury dalej wystawiamy na mamę Ignasia, tak? Do dofinansowania z jej zakładu pracy?
Pani Ola stała nade mną z długopisem i kartką, na której rodzice wpisywali dane na nowy rok. Siedziałam na krzesełku dla pięciolatka, z kolanami prawie pod brodą, i patrzyłam na nią, jakby zapytała mnie o coś po chińsku.
- Do... czego? - wydusiłam.
- No, do dofinansowania. Pani Magda co semestr przynosi druczek z firmy, a my podbijamy pieczątką. Pytam, bo sekretariat zmienia system i nie chcę, żeby coś się pomieszało. - Uśmiechnęła się i już zerkała na następną mamę. - To zostawiam, jak było, dobrze?
Powiedziałam "dobrze". A co miałam powiedzieć? Że nie wiem, o czym mówi? Że od dwóch lat, pierwszego dnia każdego miesiąca, daję córce kopertę z pieniędzmi na to przedszkole, bo ona sama nie daje rady?
Resztę zebrania pamiętam jak przez szybę. Coś o kapciach na zmianę, o wycieczce do palmiarni, o tym, żeby nie przynosić słodyczy na urodziny. Ja w głowie liczyłam. Cztery semestry. Cztery druczki z pieczątką.
Ignaś czekał w szatni, już w kurtce, z plecakiem w kształcie dinozaura.
- Babciu, a pani Ola mówiła, że będziemy sadzić cebulki. A ty masz cebulki?
- Mam, synku. Na działce.
Szliśmy przez osiedle na Retkini, pod kasztanowcami, z których leciały już pierwsze kolczaste kulki. Ignaś zbierał je do kieszeni, a ja przypominałam sobie tamten wieczór sprzed dwóch lat.
Magda siedziała u mnie w kuchni, przy tym samym stole z ceratą w cytryny, i płakała w kubek herbaty. Do publicznego przedszkola Ignaś się nie dostał, zabrakło miejsc w grupie trzylatków. Pawłowi w firmie obcięli godziny, a do tego rata za samochód, który akurat musieli kupić, bo stary się rozsypał.
- Mamo, tylko na razie. Jak się odkujemy, to od razu przestaniesz. Obiecuję.
Przez trzydzieści sześć lat byłam szefową zmiany w zakładach włókienniczych. Umiem liczyć. Wiedziałam, że po tej kopercie z emerytury zostanie mi niewiele. Ale to był mój wnuk i moja córka, która płakała. Wyjęłam z szafy blaszane pudełko po herbatnikach, w którym trzymałam oszczędności na czarną godzinę, i powiedziałam, że dam radę.
Dawałam radę. Dwa razy przesunęłam sanatorium, bo trzeba było dopłacić, a poza tym kto odbierałby Ignasia? Przestałam kupować masło, bo margaryna też smarowała. Magda zawsze brała kopertę szybko, trochę nie patrząc mi w oczy, i mówiła, że od razu robi przelew. Myślałam, że to ze wstydu.
Wieczorem, kiedy Paweł zabrał już Ignasia, usiadłam z telefonem i wpisałam w internet, co usłyszałam od pani Oli. Wyskoczyło od razu: fundusz socjalny, dopłata do przedszkola, zwrot na podstawie faktury wystawionej na pracownika. Czytałam to trzy razy, jakby litery mogły się same poprzestawiać w coś innego.
I wtedy przypomniałam sobie drobiazgi, które przez dwa lata odkładałam gdzieś na bok. Zeszłe lato. Tydzień w Międzyzdrojach, "bo teściowa dołożyła". Nowy ekspres do kawy, "z promocji, mamo, prawie za darmo". Bluza Ignasia z prawdziwym dinozaurem na zamek, a nie z bazaru. Nic wielkiego. Nic, co by krzyczało. Po prostu rzeczy, na które ludzie, którzy się nie odkuli, zwykle nie mają.
Do Magdy pojechałam w sobotę rano. Paweł był z Ignasiem na basenie. Córka zrobiła mi kawę z tego ekspresu, postawiła filiżankę na stole i usiadła naprzeciwko, uśmiechnięta, nieświadoma niczego.
- Byłam w środę na zebraniu - powiedziałam.
- Wiem, mamo, dzięki, że poszłaś. Miałam inwentaryzację, nie było szans...
- Pani Ola pytała, czy dalej wystawiać faktury na ciebie. Do dofinansowania z twojej firmy.
Magda zamarła z łyżeczką nad cukiernicą. Widziałam, jak jej się czerwienią uszy, dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy miała osiem lat i zbiła wazon, a potem mówiła, że to kot.
- Mamo...
- Ile ci oddają?
Długo milczała. Ekspres cicho syczał, stygnąc.
- Połowę - powiedziała w końcu. - Co pół roku.
Połowę. Przez dwa lata co pół roku dostawała z powrotem połowę tego, co ja jej dawałam w kopertach. A ja smarowałam chleb margaryną.
- Czemu mi nie powiedziałaś?
I wtedy Magda się rozpłakała, ale nie tak, jak wtedy u mnie w kuchni. Teraz płakała ze złością.
- Bo byś przestała! Od razu byś przestała, a my się nie odkuliśmy, mamo. My dalej toniemy, tylko wolniej. Paweł ma te swoje godziny, rata jeszcze trzy lata, a ja nie chciałam przychodzić do ciebie znowu z ręką wyciągniętą. To jest moje świadczenie. Za to, że siedzę w tej firmie po dziesięć godzin. Myślałam... myślałam, że to nie twoje pieniądze, tylko moje.
- A Międzyzdroje?
Spuściła głowę.
- Ignaś nigdy nie widział morza.
I najgorsze było to, że ją rozumiałam. Że gdzieś w środku, pod całą tą urazą, siedziała matka, która też kiedyś brała od swojej matki słoiki i udawała, że nie potrzebuje. Magda nie ukradła mi tych pieniędzy tak, jak kradnie złodziej. Ona po prostu uznała, że skoro mama i tak daje, to lepiej nie mówić. Że mama się nie dowie. Że mama nie liczy.
A ja liczyłam. Całe życie liczyłam.
- Nie o pieniądze mi chodzi, Magda - powiedziałam i sama zdziwiłam się, jak spokojnie to brzmi. - Chodzi mi o to, że przez dwa lata patrzyłaś mi w oczy co miesiąc. Brałaś kopertę i mówiłaś "dziękuję, mamo". I ani razu ci nie drgnęło.
- Drgnęło - szepnęła. - Za każdym razem.
Siedziałyśmy tak jeszcze długo. Kawa wystygła. Nie było krzyku, nie było trzaskania drzwiami. Była tylko cisza, w której obie wiedziałyśmy, że coś się między nami przesunęło i już nie wróci na miejsce.
Pierwszego października nie przyniosłam koperty. Magda nie zapytała. Zadzwoniła wieczorem, zapytać, czy odbiorę Ignasia w czwartek, bo znowu ma późną zmianę.
- Odbiorę - powiedziałam. - Odbieranie wnuka z przedszkola nic nie kosztuje. Tego nie musisz przede mną ukrywać.
Nie wiem, czy mi przebaczyła, że się dowiedziałam. Nie wiem, czy ja przebaczyłam jej. Ignaś przynosi mi teraz kasztany i układa je na parapecie, a ja w listopadzie jadę do Ciechocinka. Pierwszy raz od lat.
Odkuwam się. Na razie, jak to mówi moja córka.